Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4 posty 93 komentarze

pragmatyka

katparanoi - praktyczność

SZPITAL SPECJALNEJ TROSKI – czyli - USK w Białymstoku !!!

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Do treści Art. 68 Konstytucji - Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa, należało by jeszcze sarkastycznie ale zarazem realistycznie dodać oraz buta, pycha, zarozumiałość lekarzy i pielęgniarek.

 

Dygresyjka in pectore:  nie

zaogniajmy a rozmawiajmy !!!

Na wstępie przytoczę porzekadło dające, bardzo jednoznaczny odpór - przesyconych pretensjonalną nutą - deklaracyjnych wypowiedzi medyków:        

                                                                                                                

Dobrymi  chęciami  jest piekło  wybrukowane

 

I wyjaśnienie dla oburzonych zarzutami czy też pretensjami percepcyjnego pacjenta !!!:

 

Dobre intencje niewiele są warte, jeśli nie towarzyszy im działanie pozwalające osiągnąć, zamierzony i właściwy cel !!!!!

 

Wszelkie medycznie negatywne dla zdrowia pacjenta, lekarskie sprawstwa, które to jednoznaczne, potocznie klasyfikowane jest, jako pospolite dyletanctwo czy tandeta, określane są procesowo bardzo wzniosłym stwierdzeniem – :

„zdarzenie medyczne” !!!

Termin ten „uszyto” szczególne na użytek wojewódzkich  komisji  badania  błędów  lekarskich !,

by nie "drażnić" lekarzy stwierdzeniem faktycznym,

tj. błądem lekarskim  !!!!!

 

Przedstawiana przez Rzecznika Praw Pacjenta definicja „zdarzenia medycznego” sprowadza się do następującego stwierdzenia:

Jest to zakażenie pacjenta biologicznym czynnikiem chorobotwórczym, uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia pacjenta albo jego śmierć będące następstwem niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną:

1.   diagnozy, jeśli spowodowała ona niewłaściwe leczenie albo opóźniła właściwe leczenie, przyczyniając się do rozwoju choroby;

2.   leczenia, w tym wykonania zabiegu operacyjnego;

3.   zastosowania produktu leczniczego lub wyrobu medycznego.

 A teraz całemu personelowi Kliniki Hematologii USK dla refleksji ogólnej, zaś niektórym dla przywołania do pragmatyki, percepcji, porządku, rozwagi, rozsądku innym tylko ku przestrodze, podaję za Faktem dziesiątkę okrucieństw lekarskich:

10 lekarskich błędów, które wstrząsnęły Polską !

 

Głośna sprawa Ewy i Arkadiusza Szydłowskich, którzy przez błąd lekarzy stracili bliźniaki, nie jest jedyna. W Polsce wiele ludzi cierpi przez błędy popełniane przez pracowników służby zdrowia. Według danych, które oszacował Instytut Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, każdego roku z powodu błędów lekarskich umiera od 7 do 23 tys. osób. Wiele osób nie umiera, ale traci zdrowie. A oto 10 błędów lekarskich, które wstrząsnęły opinią publiczną w ostatnich latach

 

Ania z Zabrza byłaby zdrowa, gdyby nie koszmarny błąd lekarza. Był lipiec 2003 r. Jacek R. ze szpitala powiatowego na ul. Janika w Zabrzu obierał poród. W odpowiednim momencie nie podjął ważnej decyzji o cesarskim cięciu.Tak mama Ani pani Kasia wspomina te koszmarne chwile: – „Po kilkunastu godzinach porodu zamiast przeprowadzić cesarkę, lekarz dołożył mi oksytocyny, a gdy było już tragicznie, kilka razy położył się na moim brzuchu i wyciskał dziecko łokciem... To działanie, zwane w medycynie chwytem Kristellera, jest od lat zabronione. Ale doktor Jacek R. go praktykował. Dlatego Ania urodziła się z niedotlenieniem” – opowiada. Dziewczynka urodziła się z ciężkim niedotlenieniem okołoporodowym, którego następstwem było czterokończynowe porażenie mózgowe. Zmarła, gdy miała tylko pięć lat. Sąd apelacyjny przyznał pani Katarzynie 460 tys. zł odszkodowania, a lekarz sam wymierzył sobie sprawiedliwość. W październiku 2007 r. znaleziono go martwego. Nieoficjalnie mówi się, że przedawkował środki antydepresyjne z alkoholem.

 

Gdyby Bolkowi Kozikowskiemu (†13 mies.)postawiono diagnozę już przy pierwszej wizycie w szpitalu, może udałoby się go uratować. W niedzielę 18 listopada 2012 roku Bolek wstał z łóżeczka osowiały. Rodzice poszli z chłopcem do lekarza rodzinnego. Ten wystawił skierowanie do Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego. Ale lekarz tylko nakazał podawać Bolkowi elektrolity i odesłał go do domu. Nie zlecił też badania krwi. Dwa dni później stan chłopca pogorszył się na tyle, że rodzice wezwali lekarza do domu. Medyk ponownie wypisał skierowanie do szpitala. I znów rodzice z dzieckiem zostali stamtąd odesłani z kwitkiem. W ciągu trzech dni Bolka badało sześciu lekarzy, ale żaden nie skierował go na podstawowe badania krwi. Diagnozę – czyli ostrą białaczkę szpikową – postawiono dopiero gdy rodzice w prywatnej klinice zrobili Bolkowi badanie. Wtedy stan chłopca był już krytyczny. Trafił na oddział intensywnej terapii. Po ponad dwóch tygodniach w śpiączce chłopczyk zmarł.

 

Karolina Maślanka (†20 l.) miała już wszystko przygotowane na przyjście na świat bliźniaków Oliwii i Oliwiera. Niestety, nigdy ich nawet nie zobaczyła. Najpierw w jej łonie umarło pierwsze z dzieci, kilka godzin później drugie, a następnego dnia sama pani Karolina. Wszystko to działo się pod specjalistyczną opieką lekarzy z poznańskiej kliniki ginekologicznej przy ul. Polnej. Trafiła do szpitala w listopadzie 2006 r. Była w 7. miesiącu ciąży. Najpierw pojechała do szpitala w Słupcy, bo w moczu zauważyła krew. Ponieważ cierpiała na małopłytkowość krwi, lekarze skierowali ją do specjalistycznej kliniki w Poznaniu. – Można było ich uratować, gdyby lekarze zrobili cesarskie cięcie – uważa Wanda Maślanka (46 l.), mama Karoliny i babcia nienarodzonych bliźniaków. Sprawą zajęła się prokuratura.Po śledztwie postawiła przed sądem dwóch lekarzy, których oskarżono o błąd w sztuce i nieumyślne spowodowanie śmierci dziewczyny. Na ławie oskarżonych poznańskiego sądu zasiadł Krzysztof D. (61 l.), ordynator oddziału, na którym zmarła Karolina i jej dzieci oraz Arkadiusz B. (58 l.), lekarz który nadzorował Karolinę, gdy zaczęło się z nią dziać źle. Po 6 latach od śmierci Karoliny i jej bliźniąt zapadł wyrok. Ordynator Krzysztof D. został skazany za błąd lekarski na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata, a Arkadiusz B. za zaniechanie wykonania cesarskiego cięcia na rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata. Obaj mają zapłacić po 10 tys. zł grzywny.

 

W czerwcu 2002 roku w poradni stomatologicznej w Łodzi Ola Bryszewska (†10 l.) miała przeprowadzany zabieg w znieczuleniu ogólnym. Dziecko nie wybudziło się jednak z narkozy. Nie pomogła pomoc pogotowia, reanimacja i walka o życie Oli w szpitalu. Dziecko zmarło. Podczas zabiegu na miejscu nie było pielęgniarki anestezjologicznej, nie monitorowano też czynności serca, co mogło wcześniej wskazywać zmianę stanu zdrowia małej pacjentki. Sąd Rejonowy w Łodzi uznał, że lekarz anestezjolog naruszył zasady dobrej praktyki anestezjologicznej, naraził pacjentkę na niebezpieczeństwo utraty życia. Sprawa jednak została umorzona, bo – jak uzasadnił sędzia – ze względu na zawiłość sprawy bardzo długo trwało przygotowanie kolejnych opinii biegłych.Tata dziewczynki Jacek Bryszewski (64 l.) po 7 kolejnych procesach doczekał się sprawiedliwości.Sąd uznał, że anestezjolog popełnił błędy, ale umorzył postępowanie. Wyrok właśnie się uprawomocnił. Prokurator żądał dla lekarza kary 2 lat pozbawienia wolności i zakazu wykonywania zawodu.

 

PięcioletniegoKrzysia z Lublina lekarze leczyli na kolkę, a on miał wylew. Chory na hemofilię chłopiec trafił w grudniu 2012 roku do Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Bolał go brzuch. Na szpitalnym oddziale ratunkowym lekarze uznali, że Krzyś ma kolkę. Zrobiono mu lewatywę. Dziecko wypisano do domu. Ale niedługo później Krzyś znów poczuł ból i ponownie trafił do DSK. Jak relacjonował nam ojciec chłopca, dopiero na oddziale ogólnopediatrycznym lekarz zauważył, że dzieje się coś poważnego. Chłopiec tracił czucie – to krwiak uciskał rdzeń kręgowy. W nocy dziecko przeszło operację neurochirurgiczną, bo okazało się, że chłopiec nie ma kolki, tylko wylew krwi do kanału rdzenia kręgowego! Czemu lekarze nie uwzględnili tej możliwości, choć wiedzieli, że dziecko ma skłonność do krwawień i może wystąpić w jego przypadku także krwotok wewnętrzny? To bada teraz prokuratura rejonowa Lublin-Północ.

 

Kubuś (†3 l.) z Tychów nigdy nie chorował. Rodzice o niego dbali i regularnie szczepili. Co zatem spowodowało, że ten uśmiechnięty i dobrze rozwijający się maluch nagle umarł? Czy lekarze, do których przyszli rodzice po pomoc, popełnili błąd? Jest to prawdopodobne. –„ Silny, zdrowy, świetnie się rozwijał, grał z tatą w piłkę na dworze, słychać było jak biega po mieszkaniu i głośno się śmieje” – tak o chłopcu opowiadają sąsiedzi. Jesienią ubiegłego roku maluszek zaczął gorączkować i kasłać. Lekarz z przychodni przepisał mu dwa leki. Dobę później dziecko zasłabło i zaczęło się dusić. Pogotowie przyjechało natychmiast. Kubuś mimo reanimacji zmarł. Czy to przepisane lekarstwa przyczyniły się do śmierci dziecka? Badania tego nie potwierdziły.Sprawa wciąż jest badana przez śledczych. 

 

Niespełna trzyletniaDominika (†2,5 r..) ze Skierniewic zmarła w marcu ubiegłego roku, bo dyspozytor pogotowia nie wysłał na czas karetki, a lekarz pomocy udzielał... przez telefon. Kiedy ambulans dotarł w końcu na miejsce, dziecko przestało oddychać. Zmarło w łódzkim szpitalu. Ponad dobę czekało na pomoc, która nie przyszła na czas. Dominika mieszkała z rodzicami w wiosce pod Bolimowem. To tylko 20 km od Skierniewic. Dziewczynka była chora od końca stycznia. Miała zapalenie oskrzeli, brała antybiotyki. Kiedy jej mama niepokoiła się przedłużającą się chorobą córeczki, wybrała się do gabinetu lekarskiego w Skierniewicach. Tam dziecko zbadał lekarz i uspokoił, że to wirusowa infekcja. Następnego dnia skoczyła gorączka, pojawiły się wymioty i biegunka. Około godz. 19 matka dziecka zadzwoniła na pogotowie w Skierniewicach. Dyspozytor zamiast wysłać karetkę, przekierował rozmowę do lekarza mającego dyżur w święta (była niedziela), a ten przez telefon kazał podać leki. Nie wysyłał jednak karetki, nie zbadał osobiście dziecka. Minęła godz. 2 w nocy. Mama Dominiki ponownie zadzwoniła po karetkę. Wkrótce przyjechał ambulans, ale bez lekarza. Podczas wizyty u dziecka nastąpiło zatrzymanie oddechu. Dominikę trzeba było reanimować. W dodatku karetka uległa awarii i nie mogła odjechać z dzieckiem do szpitala. Trzeba było wezwać inny zespół. Tym razem z lekarzem. Dominika trafiła do szpitala w Łodzi co najmniej o kilka, może kilkanaście godzin za późno. Zmarła. Szpital im. Konopnickiej zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia błędu we wcześniejszym leczeniu. W tej sprawie wszczęto śledztwo, które jest w toku. 

 

Marcin Zieliński (†25 l.) z Lęborka zmarł, zostawiając 2-letnią córkę Weronikę i żonę.Jego rodzina oskarża chirurgów o to, że został uśmiercony na skutek lekarskich błędów. Również prokuratura twierdzi, że Marcin żyłby, gdyby lekarze – Janusz Ch. (50 l.) i Janusz M. (62 l.) – nie założyli mu za ciasnego gipsu i przepisali większą dawkę leku przeciwzakrzepowego. To może spotkać każdego z nas. Marcin skręcił nogę w drodze do pracy. Potknął się na wystającym krawężniku, źle stanął i poczuł dojmujący ból. Ze skręconą nogą dokuśtykał do lekarza. – „Kiedy Marcinowi założono szynę gipsową, a lekarz przepisał zastrzyki przeciw zakrzepom w żyłach, przez myśl nam nie przeszło, że to drobne potknięcie doprowadzi do śmierci..”. – wspomina Monika Zielińska. Ale zamiast szybkiego leczenia zaczęła się prawdziwa gehenna. Jej mąż cierpiał, gorączkował, noga bardzo go bolała. Nie pomagały leki. Trafił do prywatnej przychodni doktora Janusza M. Ten zmienił szynę na gips, przepisał kilka zastrzyków i zbagatelizował ból, choć noga długo pozostawała spuchnięta. Kazał mu przyjść dopiero na zdjęcie gipsu – 29 czerwca. Marcin wciąż jednak zwijał się z bólu. 10 czerwca lekarz rodzinny rozpoznał zakrzepicę żył i skierował go do szpitala. Marcin trafił tym razem do dr. Janusza Ch. (50 l.). – Lekarz powiedział, że to infekcja, mamy kupić paracetamol, i tyle – opowiada Monika Zielińska. – Uspokoił nas...Ból nie mijał. Zielińscy znowu zaczęli szukać ratunku. Dr Janusz M. stwierdził, że Marcin ma zapalenie żył, przepisał lek i w umówionym terminie kazał przyjść na zdjęcie gipsu. 29 czerwca gips zdjęto. Noga była spuchnięta, ale lekarz powiedział, że to normalne i kazał moczyć ją w ciepłej wodzie. Zielińscy wierzyli, że teraz będzie lepiej i Marcin zacznie chodzić. Jednak ból nie ustępował. Następnego dnia mąż pani Moniki stracił przytomność, trafił do szpitala. Tam umarł. – „To błąd lekarski i trzeba to przyznać” – nie ma wątpliwości dr Jerzy Karpiński (51 l.), lekarz wojewódzki w Gdańsku. – Może lekarze przepisali za małą dawkę leku przeciwzakrzepowego albo założyli zbyt ciasny gips.

 

Lekarz pomyli się – zamiast raka, zdiagnozował u dziecka zapalenie gardła. A kiedy sprawa wyszła na jaw, sfałszował dokumentację medyczną. Sąd uznał go winnym. Sprawa miała miejsce w 2001 roku. Mama 7-letniej wówczas dziewczynki poszła do lekarza Tomasza Ż., który w Głubczycach prowadził prywatny gabinet. Jej córka skarżyła się na infekcje dróg oddechowych. Lekarz stwierdził, że dziecko ma anginę. Cztery miesiące później stan dziecka gwałtownie się pogorszył. Justyna zaczęła gorączkować, bolało ją gardło i miała powiększone węzły chłonne na szyi. Choć stan dziewczynki pogarszał się, lekarz nadal nie postawił prawidłowej diagnozy. Matka była zaniepokojona tym, że leczenie nie przynosi efektów, więc poszła do lekarza. Ten skierował małą do szpitala. I wtedy rozpoznano u dziecka ziarnicę złośliwą w IV stadium z zajęciem szpiku kostnego. Dziewczynka przeszła osiem cykli chemioterapii i radioterapii. Mama dziewczynki poprosiła Tomasz Ż., aby wydał historię choroby Justyny, ale nie chciał tego zrobić. W końcu kobieta złożyła skargę na lekarza do Okręgowej Izby Lekarskiej. Argumentowała, że zbyt późna diagnoza sprawiła, że choroba rozwinęła się tak mocno, że zagrażała życiu jej dziecka. Rzecznik odpowiedzialności zawodowej dostał dokumentację medyczną. I wtedy okazało się, że stan zdrowia dziecka, jaki lekarz opisał w dokumentach, odbiegał od tego w chwili przyjęcia do Kliniki Hematologii i Onkologii Dziecięcej.  Sprawa trafiła do sądu. Sąd pierwszej instancji stwierdził, że lekarz jest winny i skazał go na 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Obrońca Tomasza Ż. odwołał się od wyroku, ale dziś sąd odwoławczy utrzymał go w mocy. Mama dziewczynki przypłaciła chorobę córki zawałem i nerwicą lękową. Dziś odetchnęła z ulgą. – Wreszcie będę mogła spokojnie zasnąć. Ta sprawa pokazuje, że nawet lekarz nie może czuć się bezkarny – mówiła po ogłoszeniu wyroku.  

 

Był rok 2008 Jaś Olczak był zdrowym, wesołym chłopcem. Miał 3 lata, cztery miesiące i 15 dni – gdy tuż przed Bożym Narodzeniem zaraził się od brata ospą wietrzną. W Wigilię zaczęła go boleć nóżka, więc rodzice wezwali do domu lekarkę z prywatnej przychodni. Ta dała skierowanie na badania. Drugiego dnia świąt dziecko miało już ponad 40 stopni gorączki. Anna Kęsicka, mama Jasia, zadzwoniła na pogotowie. To odesłało ją na ostry dyżur. Lekarz, który przyjechał do chłopca, polecił, by gorączkę zbić kąpielą w letniej wodzie, a ból nóżki sam przejdzie... Następnego dnia pani Anna zawiozła dziecko do przychodni na badania. Wyniki były alarmujące i lekarz nakazał natychmiast zawieźć Jasia do szpitala na ul. Niekłańską w Warszawie.Ale stamtąd dziecko po badaniu zostało odesłane do domu – z poleceniem, by stawić się następnego dnia. Potem dziecko krążyło już z rodzicami między szpitalami na Niekłańskiej, Litewskiej, Wolskiej i Marszałkowskiej. Kiedy w końcu zostało umieszczone w szpitalu, było już w stanie agonalnym. 29 grudnia nad ranem Jaś zmarł. Lekarze w prokuratorskim śledztwie nie przyznali się do winy. Za nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka grozi im rok więzienia.

 

Powyższa treść jest tylko wprowadzeniem i wstępem przed opisem w  CZ. II, zdarzenia mającego miejsce w w/w klinice a sprowadzającego się do:

 

przedstawienia leku o wdzięcznej nazwie -  Doxorubicinum Accord,

 

dyletanckiego, tandetnego, podskórnego wstrzyknięcia pacjentowi tego cytostatyka,

 

środków zaradczych podjętych oraz zaniechanych przy tym zdarzeniu,

 

stanu wiedzy personelu klinicznego związanego z stosowaniem i aplikowaniem tego leku,

 

oceny całokształtu tego „błędu” dokonana przez Kierownika Kliniki, prof. dr hab. n. med. Janusza Kłoczko

 

podjętych przez pacjenta interwencji i dotychczasowych ich skuteczności,

 

podjętych działań represyjnych w stosunku do:

szpitala i kliniki,  

 

stanu organizacyjnego kliniki,

 

osób winnych tej ewidentnej destrukcji medycznej,

 

obciążenie osobowości przenicowujących w sposób ewidentnie kłamliwy to zdarzenie na wyimaginowaną i konfabulowaną, konfliktowość pacjenta !!!

  

A na koniec prof. Kłoczko co nieco o do –  Doxorubicinum

 

Doksorubicynę w postaci roztworu do infuzji należy podawać wyłącznie pod nadzorem lekarza wykwalifikowanego, mającego duże doświadczenie w stosowaniu leków cytotoksycznych.

Pacjenci muszą być także regularnie i dokładnie monitorowani w trakcie leczenia (patrz punkt 4.4).

 

Z powodu ryzyka często powodującej zgon kardiomiopatii, ryzyko i korzyści dla danego pacjenta powinny być ocenione przed każdym podaniem.

 

Doksorubicynę podaje się dożylnie i do pęcherza moczowego.

Nie wolno jej podawać doustnie, podskórnie, domięśniowo lub dokanałowo.

Doksorubicynę można podawać w bolusie trwającym kilka minut, w krótkim wlewie trwającym do godziny lub we wlewie ciągłym nie dłuższym ni 96 godzin.

 

Roztwór podaje się przez cewnik swobodnie trwającego wlewu do żylnego 0,9% roztworu chlorku sodu (9 mg/ml) do wstrzykiwań lub 5% roztworu glukozy (50 mg/ml) do wstrzykiwań w ciągu 2 do 15 minut.

Technika ta minimalizuje ryzyko zakrzepowego zapalenia żył lub wynaczynienia poza żyłę, które mogą prowadzić do miejscowego, ciękiego zapalenia tkanki łącznej, powstawania pęcherzy martwicy tkanek.

Nie zaleca się wykonywania bezpośredniego wstrzyknięcia do żylnego, ze względu na możliwość wynaczynienia, które może wystąpić nawet w przypadku prawidłowego wkłucia do światła naczynia żylnego potwierdzonego aspiracją krwi przez igłę.

                                        z  politowaniem: BD

                                                                   

 

KOMENTARZE

  • Witam Pana
    Witam Pana,

    Widzę, że jest Pan właściwie nowym blogerem w Neon24.pl

    Witam najserdeczniej.

    Opisuje Pan bardzo ciekawe wypadki i zdarzenia, które niestety mają miejsce w Polskiej służbie zdrowia.

    Ale nie tylko - tak coraz więcej dzieje się na całym świecie.

    Obecnie z powodu tak zwanych "chorób jatrogennych" czyli chorób spowodowanych niewłaściwym leczeniem umiera na świecie więcej osób niż na nawotowory i choroby ukladu krążenia, czy też cukrzycę.

    Jest to temat bardzo bliski mojemu sercu, ponieważ z wykształcenia jestem lekarzem i chociaż przestałem właściwie praktykować - ciągle mnie temat służby zdrowia interesuje.

    Własciwie zresztą, przestałem praktykować, bo przestałem wierzyć w tradycyjną, konwencjonalną medycynę.
    Moim zdaniem obecnie lekarze nie zajmuję się leczeniem ludzi a stali się zwykłymi sprzedawcami rozmaitych leków i technologii medycznych.

    Lekarze są przedstawicielami dużych koncernów farmaceutycznych.

    Lekarze zajmują się głównie zarabianiem pieniędzy.
    To jest dla nich najważniejsze.

    Taka jest smutna prawda.

    Mam nadzieję, będzie Pan kontynuował te tematy - ja zresztą też sporo o tym piszę.

    Pozdrawiam najserdeczniej

    Dr Ryszard Opara - Redaktor Naczelny
  • @Ryszard Opara 11:04:02
    Przepraszam za tak późną reakcję ale wpisu dokonałem na 5 godz. przed hospitalizacją i dopiero dzisiaj jestem w stanie odpisać.
    Dzięki za uznanie !
    Chociaż jestem z zamiłowania i upodobania technokratą to różne "figle" losu zmusiły mnie do szerszego zgłębienia istoty działania tzw. "służby zdrowia", jak i tzw. "wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania"
    Obecnie jestem w trakcie prowadzenia procesu karnego z mego oskarżenia subsydiarnego a dotyczącego śmierci mego brata przed siedmioma laty.
    Na kanwie wcześniejszych działań prokuratorskich i obecnie sądowych objawia się olbrzymia skala inwalidztwa legislacyjnego w obu wymienionych dziedzinach !
    Komentowany przez Pana artykuł został zainspirowany przez wpis: Przyszłość - Neon24.pl - Co dalej??? i miał za zadanie poza opisaniem smutnej rzeczywistości, być częściową odpowiedzią na zagadnienia w nim poruszone.
    Chcę też w tym miejscu wyrazić Panu szczery podziw z dotychczasowej działalności !
    Pozdrawiam, życząc wszelkiej pomyślności i spełnienia wszystkich zamierzeń.
    P.S.
    Życie w naszym kraju dostarcza tyle okrutnych doświadczeń, że nie zawsze da się to opisać poprawnym językiem.
    Z uszanowaniem
    katparanoi

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31